Osobisty blog Adama Wieczorka - jednego z twórców RPG Bakemono.
czwartek, 24 listopada 2005
Klątwa strikes back

Nie było nam dane nacieszyć się spokojem. Dodam, że spokojem pozornym. Pod płaszczykiem codzienności klątwa wisząca nad grą rozprzestrzeniała się na nasze rodziny i otaczające nas przedmioty materialne. Punktem kulminacyjnym był wtorkowy wieczór. Dwa tygodnie wcześniej Jarkowi spalił się komputer. W poniedziałek spalił się dysk, na którym była jedna z 4 kopii gry. A we wtorek...

... mieliśmy w planach przetestowanie sesji ceremonialnej. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się wskazywać, że nie będzie łatwo. Choć scenariusz był przygotowany, rekwizyty zakupione, a gracze zebrani nie było nam dane zagrać. Pierwszy sygnał dał mój samochód, który dość długo odmawiał odpalenia. Dodam, że do tej pory odpalał nawet przy minus 20 stopniach od pierwszego kopa.

Kolejny sygnał, który rozpoczął pandemonium nastąpił jakieś 30 sekund przed rozpoczęciem gry. Z niewiadomych przyczyn koło laptopa Łukasza znalazła się herbata z cytryną i cukrem. Chwilę później znalazła się również W laptopie, który uroczo zamigał lampkami, zaśmierdział i zgasł. W trakcie odłączania go od prądu omal nie zginąłem rażony prądem, gdy pogryziony przez koty kabel zaczął sypać iskrami na lewo i prawo. Tylko przytomność Jarka uratowała mnie przed śmiercią lub kalectwem. Rozpoczęła się trudna operacja usuwania herbaty z laptopa. Jeśli dodam, że był to jeden z 3 jeszcze sprawnych komputerów z materiałami do gry nie zaskoczę raczej nikogo. W trakcie operacji postanowiono pomagać mi lapką. W chwili gdy Łukasz zbliżył się z nią do mnie wykonała podobny manewr jak wcześniej kabel od laptopa. Byliśmy przestraszeni nie na żarty. Chłopaki i dziewczęta postanowili wyjść zapalić na balkon, podczas gdy ja postanowiłem napić się nomen-omen herbaty. W tej właśnie chwili zmarł Teofil...

Pod balkonem Łukasza, w podwórzu kamienicy leżał jakiś człowiek. Nie ruszał się. Z nawływań otaczających go osbników wywnioskowaliśmy, że ma na imię Teofil. Nie dawał znaku życia. Nasze przerażanie osiągnęło apogeum. Papierosy wypadały z rąk, koty chowały się za piecem, mimo siarczystego mrozu atmosfera gęstniała... Teofil ożył...

Może nie tyle ożył co poruszł się wydając bliżej nie sprecyzowany dźwięk. Okazał się być sąsiadem Łukasza wracającym z pogrzebu i stypy. Łukasz ofiarnie ruszył na pomoc. Choć nkit nie podejrzewałby go o dobre serce to jednak w jakiś sposób musiał odpokutować grozę wieczoru. Wnoszeniu Teofila na 2 piętro towarzyszyły nieludzkie stęki, a to co Łukasz zobaczył, podczas operacji wnoszenia, spowodowało u niego lekki uraz psychiczny (zdjęcia niebawem).

W atmosferze przygnębienia i lęku korektorka systemu zaczęła się zastanawiać, czy pieniądze oferowane za tę pracę są wystarczające... My zaczęliśmy się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda nam się pozbyć klątwy. Wyszło na to, że podobnie jak w Ringu, musimy oddać klątwę dalej. Komu? Nietrudno się domyślić.

Ostatecznie pod 3 godzinach walki skręciliśmy laptopa. Zostało nam 5 śrubek. Widocznie nie były potrzebne, bo komputer ożył ku uldze właściciela. Ostrzeżenie jednak zostało zrozumiane. Sesji ceremonialnych na razie nie będzie.

00:38, bakemono
Link Dodaj komentarz »