Osobisty blog Adama Wieczorka - jednego z twórców RPG Bakemono.
poniedziałek, 31 lipca 2006
Niesmak północny

Dziś pokopiemy sobie trochę na lokalnym rynku RPG. Jednak zanim to nastąpi pozwolę sobie przedstawić moją opinię na temat rynku RPG. Branża upada i to naprawdę nic dziwnego. Gry RPG nie są rozrywką elitarną, choć w społeczeństwach zorientowanych informacyjnie są z pewnością rozrywką czasochłonną i przez to raczej odkładaną na zaś. Dużo łatwiej jest zagrać w komputerowego rpga przez godzinkę niż znaleźć takie 4 godziny, żeby pasowały wszystkim chętnym graczom. Nie wiem dlaczego, ale rodzimi piewcy rpg lansują pogląd, że gry rpg sprzedają się w jakichś fenomenalnych nakładach. Nie jest to prawdą. Poczatkowo wydawało się, że wpompowanie w tą gałąź rozrywki dużej kasy przez Matel spowoduje rozwój, tak jednak nie jest. Pewne produkty rzeczywiście sprzedają się dobrze, podczas gdy większość - nawet doskonałych produkcji - ma na zachodzie zbyt wysokości 2000 egzemplarzy, a i to jak dobrze wiatr zawieje. W tym kontekście 3000 sprzedanych Neuroshim wyglądają naprawdę rewelacyjnie. Oczywiście przy całym szacunku dla naszych rodzimych wydawców między bajki trzeba włożyć informacje o sprzedanych 10000 egzemplarzy D&D, czy kilkutysięcznych nakładach pism o grach fabularnych. Widać to najlepiej w EMPiKach, gdzie ciągle zalegają hałdy podręczników do gier. Do tego dochodzą drakońskie stawki dystrybutorów sięgające często powyżej 50% ceny okładkowej. Nagle okazuje się, że gry RPG nie są miejscem gdzie można dobrze zarobić. Można z tego żyć na jako-takim poziomie, ale dorobić to się na tym raczej nikt nie dorobi.

Zostawiając ten przydługi wtęp za nami przejdę do meritum sprawy, a jest nią Midnight. Ten dośc popularny system wydany przez Fantasy Flight Games ma zaistnieć na naszym rynku. Byłaby to dobra wiadomość, gdyby nie okazało się, że walczą o niego dwa wydawnictwa. Jedno twierdzi, że ma licencję, drugie prowadziło badania na forach dyskusyjnych i twierdzi, że sprawa nie jest jeszcze przesądzona. W obie strony latają mniej lub bardziej zakamuflowane obelgi podsycane jeszcze przez grupkę kilku osób skupionych na najbardziej pieniackim forum pewnego serwisu internetowego.

Zamiast cieszyć się z tego, że komukolwiek chce się inwestować na tak niewdzięcznym rynku powstają podziały i wojenki podjazdowe, które dla nikogo nie zakończą się dobrze. Ktoś dał plamę bo nie sprawdził, ktoś był szybszy i zaklepał. Takie jest życie, taki jest biznes. Szkoda, że w tym przypadku to ciągle jest walka o ochłapy z pańskiego stołu. Zbyt podręcznika opartego na d20 można szacować na jakieś 2000 do 3000 egzemplarzy przy dobrej reklamie, dobrej treści i relatywnie niskiej cenie. Żeby osiągnąć to ostatnie bez cięcia kosztów druku trzeba liczyć się z marginesem zysków w okolicach 10-15% oczywiście licząc koszta dystrybucji. Ma to sens tylko w przypadku firm, które wydają kilka (najlepiej więcej niż 6) produktów rocznie i zależy im nie tyle na zyskach, co na obrocie.

Jakby nie było ja rzeczony system kupię, choćby z czystej ciekawości i chęci wspierania dobrych inicjatyw. Kto to wyda to naprawdę nie jest w tej chwili istotne. Szkoda tylko, że przy tej okazji widać, jak bardzo słaby i nieprofesjonalny jest polski rynek gier fabularnych. Chciałbym żeby było inaczej i być może w nadchodzących miesiącach uda mi się pokazać, że można... taką przynajmniej mam nadzieję.

10:52, bakemono
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 lipca 2006
Przeprowadzka

Wczoraj nastąpił finał lokalnego pandemonium zwanego przez niektórych przeprowadzką wschodzącej (od 4 lat) gwiazdy polskiej literatury Łukasza Orbitowskiego. O ile przewiezienie kotów (dwa w jednej klatce), kuwety, monitorów, kwiatków, systemu kina domowego, komputerów i kilku innych szpargałów nie nastręczało trudności, o tyle pojawił się problem klunkra. To już nie był klonkier, ale właśnie klunkier. Olbrzymia kanapa, pamiętająca czasy kwitnącego socjalizmu, nierozkładalna (przynajmniej według części ekipy) i ważąca dwie i pół tony.

Nie byłem przy operacji znoszenia klunkra, ale sądząc po minach znoszących było to zadanie trudne i wysoce nieprzyjemne. Panowała potem powszechna opinia, że lepiej było kurestwo zrzucić przez balkon i pozbierać w kawałkach. Przed wnoszeniem tegoż stwora postanowiliśmy pójśc po rozum do głowy i rozebrać go na dwie części. WD40, młotek i klucze nasadowe poparte solidnym kopniakiem pozwoliły oddzielić górę od dołu. W tzw. międzyczasie stwierdziliśmy, że należy wytrzepać klunkra. Łukaszek rozpoczął trudną operację, a ekipa noszaca wtórowała mu klaszcząc do rytmu i śpiewając o zbieraniu bel bawełny. Wywołało to pojawienie się babci szpieguli na balkonie powyżej, która z rosnącym niepokojem zastanawiała się coż to za potwory wprowadzają się tuż obok.

Ilość kurzu w bramie bloku przekroczyła szybko ilości ekstremalne. Łukasz pluł i charczał. Potem my pluliśmy i charczeliśmy taszcząc klunkra na pierwsze piętro. Przy okazji omal nie urwaliśmy kaloryfera na korytarzu i lampy w przedpokoju. Klunkier stanął w mieszkaniu zajmując 3/4 pokoju... większego pokoju. Wnoszący zgodnie stwierdzili, że klunkier będzie musiał zostać z Orbitowskimi do końca ich dni, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie go już wynosił.

To nie był koniec atrakcji tego dnia. Po wniesieniu biurka i komody okazało się, że ni diabła nie mieszczą się w drzwiach, które ktoś w przebłysku geniuszu obił matą dźwiękoszczelną. Próba zdjęcia dzrwi początkowo spełzła na panewce, dopiero poświęcenie ręki i podniesienie drzwi od spodu spowodowało ich demontaż. Po wniesieniu wszystkich rzeczy do mieszkania okazało się, że w zasadzie nie ma tam już miejsca na nic więcej, więc po spożyciu pizzy udaliśmy się do domów. A Orbitowscy zostali na klunkrze...

09:35, bakemono
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lipca 2006
Skrzynia umarlaka

Ja to jestem chyba kompletnie szurnięty. Dałem się mojej ukochanej wyciągnąć na nocną premierę drugiej części Piratów z Karaibów. Wszystko pięknie tylko do domu wróciliśmy o 3:20, a spać poszedłem o 4, kiedy za oknem robiło się szaro, a koty zaczynały poranne harce. A o 8 rano wstałem i poszedłem do redakcji. Zgadnijcie jak jestem wyspany? Nie bałdzo...

A Piraci to całkiem przyjemny film, choć niestety na rozstrzygnięcie przyjdzie nam poczekać do kolejnej części. Początek moim zdaniem był zbyt ciężki i mroczny, za to potem było już z górki... momentami dość dosłownie. Sceny walki na ruinach kościła i młyna długo zostaną w mej pamięci. Muzyka doskonała - tym razem oficjalnie podpisał się pod nią Hans Zimmer. Swoją drogą jestem ciekaw, czy poprzednio naprawdę muzę robił Badelt, bo brzmiała bardzo Zimmerowato.

Cały czas mam wrażenie, że film był bardzo nierówny, ale może to późna pora spowodowała taki, a nie inny odbiór treści. Podobało się, ale bez orgazmów... no może ta walka... Yum yum. A Kraken pycha.

10:20, bakemono
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lipca 2006
Głupawkon

Tuż przed pójściem do szpitala zdecydowałem się na dwa dni totalnego luzu i wraz z Kasią oraz Dorotą i Tomkiem Barańskimi pojechaliśmy do Suchej Beskidzkiej. Spędziliśmy tam weekend, na działce u Komixa, a to co działo się podczas weekendu można nazwać tylko totalnym głupawkonem. Zabraliśmyu ze sobą gry planszowe i fabularne, ale w te drugie nie udało nam się zagrać. Tobołów mieliśmy jak na dwa miesiące wypraw wysokogórskich więc już samo dojście na działkę - położoną praktycznie vis-a-vis miniwawelu - stanowiło nielada wyzwanie, zwłaszcza, że wejście na działki było bardziej oddalone niż sama działka.

Największą bolączką rzeczonej działki był dośc oczywisty brak kibelka, więc z każdym sikaniem trzeba było biegać w krzaczory. O ile nam nie sprawiało to trudności, o tyle dziewczyny musiały się zdrowo nakombinować :)

A co robiliśmy na działce? Przede wszystkim gryla. Rozpalanie, a potem podtrzymywanie żaru stało się zajęciem bardzo trudnym, bowiem dostawaliśmy przy nim totalnej głupawki zasypując całą okolicę chmurami wydmuchwiwanego popiołu - przypuszczalnie wszyscy okoliczni mieszkańcy zaczną szukać tego wulkanu, który zasypał im działki. Zanim udało nam się cokolwiek na tym grylu przygotować minęły dobre dwie godzinki, ale potem to już było z górki. Komix dostarczył kiełbaski, parówki i ziemniaki. Dorota i Tomasz szaszłyczki, a ja i Kasia karkówkę i napoje. Było obżarstwo, żarty i kupa smiechu.

Graliśmy w wymieszane Star Munchkin i Supermunchkin (Komix oszukuje), a potem wieczorem w Arkham Horror, podczas którego Yubi spał na siedząco i wyglądał dość zabawnie. Rano w niedzielę graliśmy jeszcze w Ticket to Ride. Zabawa była przednia. Zwłaszcza, jak nocą trwał pojedynek kosy z siekierą, a potem gaszenie grilla wężem ogrodowym z odległości 3 metrów.

Postaram się niedługo wkleić tutaj parę fotek.

10:38, bakemono
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 lipca 2006
Decyzja podjęta - nowe zabawki

Wbrew wszystkim głosom na nie zwyciężył rozsądek. Dziś rano zadzwoniłem do szpitala i idę na biopsję w poniedziałek. Mam nadzieję, że uda mi się wyrwać ze szpitala jak najszybciej. Biorę ze sobą baterię książek i zatyczki do uszu. Ostatnio się przekonałem, że te ostatnie mogą uratować zdrowie psychiczne, kiedy współlokatorzy na sali zaczynają chrapać. Cóż - od poniedziałku tortury.

Wczoraj za to przyszła długo oczekiwana paczka z Rebela, w której znalazła się najnowsza kampania do Cthulhu, zatytułowana Tatters of the King i traktująca rzecz jasna o Hasturze. W zwiążku z powyższym moja starsza kota - nosząca dumnie imię Hastur - uwaliła się rano na podręczniku i wstała dopiero na zew miski. Drugą zabaweczką jest pierwszy dodatek do Arkham Horror, który wprowadza sporo zamieszania ale i nowości do gry. Postaram się go wypróbować już w ten weekend, który spędzam poza domem w pięknych okolicznościach przyrody niepowtarzalnej.

A poza tym został niepełny miesiąc do mojego ślubu. Do załatwienia został jeszcze tylko tort, garnitur i sukienka dla Kasi. A po ślubie jedziemy wypocząć nad nasze polskie zimne, kochane i najwspanialsze morze.

09:56, bakemono
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2