Osobisty blog Adama Wieczorka - jednego z twórców RPG Bakemono.
Kategorie: Wszystkie | Konsole | Koty | LEGO | Luźne przemyślenia | Polityka i okolice | Przeczytane/Obejrzane/Wysłuchane | RPG | U mnie
RSS
czwartek, 16 kwietnia 2009
Tarcza Thora

Po długim wahaniu zdecydowałem się wreszcie na zakup najnowszego tomu jednej z wielkich serii komiksowych. Tarcza Thora to już 31 tom cyklu Thorgal, którym fascynuję się jeszcze od czasów czytanych w dzieciństwie Relaxów. Posiadając wszystkie dotychczasowe części pokusiłem się na sprawdzenie, które odcinki wspominam najlepiej.

Okazuje się, że największym sentymentem darzę czteroczęściowy cykl zapoczątkowany tomem Kraina Qa. Do dziś dnia pamiętam ten tajemniczy klimat, mieszający ze sobą mitologie, mnożący absurdalne, ale wciągające wątki. Na kolejne tomy polowało się po licznych jeszcze wtedy księgarniach, a obecny stan tych komiksów wyraźnie wskazuje, że czytałem je chyba milion razy.

Potem seria straciła impet, a jakość wraz z tomem Słoneczny Miecz. Kupowałem ją chyba już tylko z sentymentu obserwując z rozpaczą, jak Rosińskiego zastępuje KAS (choć oficjalnie to właśnie Rosiński dalej rysował serię). Stan ten trwał do tomu zatytułowanego Barbarzyńca, który niósł w sobie ładunek emocji porównywalny ze świetną opowieścią zawartą w części Łucznicy. Niestety dalej było gorzej.

Od 30 tomu Thorgal zmienił nie tylko scenarzystę, ale też głównego bohatera. O ile nasz zarośnięty wiking pojawia się w każdym tomie, to prym wiedzie jego syn – Jolan. Równie dobrze mógłby to być nowy komiks zatytułowany właśnie Jolan. Tom 31 idzie dalej w kierunku ukazywania jego przygód, w tle i jakby od niechcenia przedstawiając wątek z Thorgalem i Aaricią. Sama historia jest intrygująca, idąc w stronę baśniowości znanej choćby Gwiezdnego Dziecka. Niestety Jolan w swym charakterze jest postacią mdłą i nieciekawą. Być może rozwinie się to w kolejnych tomach, bo że doczekamy się kontynuacji nie ulega najmniejszej wątpliwości.

Na szczęście rysunki trzymają wysoki poziom i ratują dziurawą jak garnek i w gruncie rzeczy nudnawą fabułę. Wiele to małe dzieła sztuki, które chętnie oprawiłoby się w ramkę i powiesiło na ścianie. Jednak nie jest to szczytowy poziom, znany choćby z Miasta zaginionego boga.

Lektura nowych przygód Thorgala sprawiła mi przyjemność i wywołała nostalgiczną wędrówkę myśli. Na pewno nie żałuję tych 23 zł, ale nie mogę powiedzieć, że wyczekuję z niecierpliwością kolejnych tomów. Może już pora zakończyć ten cykl?

czwartek, 15 stycznia 2009
Powrót Jacka Budowlańca

Jeden z najsłynniejszych seriali świata powraca na antenę. Mowa oczywiście o 24, lub jak to "tłumoczy" się u nas 24 godziny. Kiedy pod koniec roku miałem okazję obejrzeć wstęp do nowej serii przygód Jacka Bauera (24: Redemtion) miałem przez moment wrażenie, że nowy sezon rzuci naszego bohatera na czarny ląd. Jednak już pierwsze sekwencje nowej serii pokazały, że się myliłem. Znowu mamy USA, jednak najważniejszą zmianą jest przeniesienie akcji z Los Angeles do Waszyngtonu. Poza tym jest standardowo. Wydarzenia rozgrywają się w czasie rzeczywistym (wyjmując przerwy na reklamy), a każdy odcinek to w teorii jedna godzina.

Dzieje się jak zwykle cholernie dużo, ale nie tak wiele jak w poprzedniej serii. Zresztą ciężko jest przebić wybuch bomby nuklearnej na przedmieściach Los Angeles. Dlatego twórcy postawili na głębszą intrygę (jakby poprzednie serie nie były dość zagmatwane). Mamy więc spisek, zdradę na najwyższym szczeblu, wielkie pieniądze i oczywiście konflikt zbrojny w Afryce - ten sam, który mieliśmy okazję oglądać w Redemption. Na razie wyemitowano 4 odcinki i muszę przyznać, że serial zjada własny ogon. Niespodziewane wskrzeszenia, starzy bohaterowie w nowych rolach i... no właśnie, w zasadzie nic więcej. Nawet wyznacznik serii, czyli liczba trupów na odcinek, wyraźnie kuleje. Jak dotąd średnia nie przekracza 5 sztuk. Czymże jest to zatem w porównaniu z poprzednią serią, gdzie w piewszych czterech odcinkach średnia przekraczała kilka tysięcy?

Wiem, że nie można cały czas oglądać jednego wielkiego fajerwerku, ale odnoszę wrażenie, że Jacek ma już dość. Co chwila straszliwy kryzys wstrząsa podwalinami wolnego świata, a jedynym który potrafi przewidzieć czarny scenariusz jest oczywiście Jack. Nie wiadomo po co jest mu potrzebne CTU, FBI, CIA, NSA i inne wynalazki. USA nie może istnieć bez Jacka Bauera!

Pozostaje pytanie czy to źle? Dalej się to świetnie ogląda, a starzejący się Sutherland staje się coraz lepszym aktorem, wychodząc czasami poza zakres swoich pięciu min na krzyż. Dalej są dynamiczne momenty, choć twórcy wyraźnie odeszli od wzorca, który dotychczas pokazywał, że każdy odcinek musi kończyć się spektakularnym zwrotem akcji. Ludzie oczekują cały czas czegoś nowego, a tego w 24 zaczyna brakować. Rozumiem, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja, ale może dobrze jest dać czasem odpocząć niektórym seriom? Są chlubne wyjatki, które nawet po latach ciągle trzymają poziom (vide poprzedni wpis o Doctor Who), ale przygody Jacka Bauera do nich nie należą. Naprawdę mam nadzieję, że po tej serii Jacek przejdzie na zasłużoną emeryturę.

wtorek, 06 stycznia 2009
Who is new Doctor Who?

Prace nad miesięcznikiem powodują, że rzadko mam czas na oglądanie filmów czy seriali. Od kilku miesięcy na obejrzenie czekał cały drugi sezon Sarah Jane Adventures. Pech, a może szczęście chciało, że zacząłem oglądać go w sobotę — 3 stycznia. Był to ten sam dzień, w którym BBC miało ogłosić kto zostanie nowym Doktorem Who, zastępując odchodzącego Davida Tennanta.

Oczywiście o całym wydarzeniu i szumie z nim związanym nic nie wiedziałem do czasu, gdy postanowiłem poszperać na oficjalnej stronie Doktora Who za informacjami o Sarze Jane. Jeżeli ktoś jeszcze się nie domyślił Sarah Jane Adventures to „odprysk” (wolę to słowo od angielskiego spin-off) serii Doctor Who, przeznaczony dla młodszych widzów, co nie znaczy, że pozbawiony charakterystycznego dla głównej serii poczucia humoru i szaleństwa. Zajrzałem zatem na stronę i oczywiście wsiąkłem.

Do ogłoszenia zwycięzcy castingu brakowało jeszcze dwóch godzin, które spędziłem wertując wszelkie informacje dotyczące wydarzenia. W Polsce przeszło oczywiście bez echa, ale w Wielkiej Brytanii Doctor Who to instytucja prawie tak ważna jak monarchia. Dość powiedzieć, że cała prasa brytyjska, wraz z częścią stacji telewizyjnych, spekulowała kto będzie nowym wcieleniem kultowej postaci. Wszędzie przybliżano sylwetki wszystkich dotychczasowych aktorów, którzy wcielali się w Doktora (a było ich dziesięciu). BBC, do którego należy serial, szykowało wielkie ekrany, na których w wybranych miastach miał zostać wyświetlony specjalny odcinek Doctor Who Confidential. Wielka Brytania, która 25 grudnia w udowodniła swą miłość do serialu zasiadając w liczbie 12 milionów przed telewizorami, aby obejrzeć świąteczny odcinek serialu, wrzała. Wrzałem również ja, oglądając wywiady, przeglądając strony i słuchając muzyki z serii.

Przyznam, że znam do tej pory tylko trzy wersje Doktora — kreację najwcześniejszą stworzoną przez Williama Hartnella oraz dwie najnowsze Christophera Ecclestona oraz Davida Tennanta. Każda ma swoje plusy, ale jestem zdecydowanym fanem dziesiątego doktora, stworzonego przez Davida. Po tak brawurowej kreacji ciężko mi wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli, choć BBC już od jakiegoś czasu (końcówka 4 serii nowych przygód Doktora i najnowszy świąteczny odcinek specjalny) sugerowało zmianę. Wreszcie nadszedł moment, na który czekałem. Ogłoszono nowego aktora.

Jest nim Matt Smith. Młody (najmłodszy z dotychczasowych Doktorów) aktor teatralny, który z wyglądu przypomina mi jednego z redakcyjnych kolegów. Już w pierwszych wywiadach sprawia wrażenie dużo bardziej ekspresyjnego od Davida, który jest mistrzem mimiki. Niestety na poznanie nowej wersji Doktora przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać. Zdjęcia do piątej serii (mowa o nowych przygodach, bo sam serial ma ich dużo więcej) rozpoczną się dopiero latem tego roku, a ich emisja przewidziana jest na rok 2010. Do tego czasu doczekamy się jeszcze czterech odcinków specjalnych Doktora w wersji Davida Tennanta. Przyznam, że już nie mogę się doczekać. Doctor Who to mój ukochany serial — dlatego teraz w wolnych chwilach nadrabiam zaległości oglądając odcinki z lat 60. XX wieku. To kawał historii i jednocześnie przykład świetnego pomysłu, który mimo lat nie został wyczerpany.

sobota, 09 sierpnia 2008
Nicholson, Hamill, Ledger - trzy oblicza Jokera

Jak łatwo się domyślić będzie o Batmanie, a dokładniej o jego największym przeciwniku - Jokerze.

Obejrzałem wczoraj Dark Knight. Mogę tylko powiedzieć, że na ten moment jest to dla mnie najlepsza ekranizacja Batmana. To dwie i pół godziny ostrej jazdy bez trzymanki, w której pojawia się najważniejszy przeciwnik Batmana - Joker.

Ta tajemnicza postać od lat jest uważana za przeciwieństwo Batmana, będąc pokracznym odbiciem tego, czym ten próbuje być. Przez lata, w różnych ekranizacjach, w rolę Jokera wcielali się różni aktorzy. Przez litość pominę tu serial i pełnometrażowy film z lat 60. XX wieku. Skupię się natomiast na trzech wersjach Jokera - Jacka Nicholsona, Marka Hamilla oraz Heatha Ledgera.

Pewnie wielu z czytelników zastanawia się, co w tym zestawie robi Mark Hamill, którego znamy głównie z roli Luke'a Skywalkera. Jednak to właśnie ten aktor dokonał doskonałego udźwiękowienia postaci Jokera w serialu animowanym i również animowanym filmie Return of The Joker. Hamill wspiął się na wyżyny gry aktorskiej i stworzył niezapomnianą wersję tego psychopaty. Jego Joker jest kompletnie szalony, z lekkim skrzywieniem w stronę absurdu i groteski. Śpiewane przez niego piosenki świąteczne o Batmanie ("Jingle bells, batman smells") pozostaną ze mną na zawsze. Jednocześnie w Return of the Joker samym głosem stworzył najmroczniejszą (do czasu Dark Knight) wersję tego maniakalnego mordercy. Każdy, kto chce mówić o Jokerze, powinien zapoznać się z tym filmem, a jeszcze lepiej z całością animowanego serialu.

Przejdźmy teraz do Jacka Nicholsona. Jego wersja Batmana jest czymś pośrednim między Jokerem z lat 60. a jego współczesną komiksową wersją. Szaleniec, ale z klasą, nieprzewidywalny, ale też z przebłyskiem geniuszu. To postać wykreowana zgodnie z wizją całego filmu Burtona. Ta ekranizacja bazowała na podkreśleniu nierzeczywistości całej historii. Balansowała na pograniczu baśni i rzeczywistości. I do tej wersji pasowała kreacja Nicholsona. Próba uczynienia z Jokera tylko absolutnego psychopaty nie sprawdziłaby się. Był paskudnym, szalonym klaunem - i tak miało być.

Natomiast najnowsza wizja Jokera to próba pójścia o krok dalej. Ledger stworzył postać tak mroczną, jak tylko było to możliwe. Zero sumienia, zero skrupułów, czysty psychopata, wcielony chaos i destrukcja. Nie ma w nim nic z tragizmu postaci z komiksów (np. Zabójczy Żart). Nawet jego biała twarz jest tylko makijażem. Nie wiemy też skąd tak naprawdę wzięły się straszliwe blizny, szpecące mu twarz. To postać, o której, w przeciwieństwie do wersji Nicholsona i Hamilla, nic nie wiemy. Ten zabieg powoduje, że nie znajdziemy w tym Jokerze ani skrawka, który moglibyśmy polubić. Możemy się go jedynie bać, tak jak niepowstrzymanego żywiołu. Do tego tendencja Nolana do zbliżenia filmu do rzeczywistości (na ile to możliwe w Batmanie) powoduje, że ten Joker jest najbardziej przerażający.

Tym samym otrzymaliśmy trzy zupełnie różne oblicza Jokera. Każde dostosowane do formy, jaką przyjęli twórcy danej wersji Batmana. Szaleńca z nutką psychopaty w wersji Hamilla, eleganckiego klowna w wersji Nicholsona oraz kompletnie przerażającego psychopatę Ledgera.

Każda wersja ma swoje zalety. Osobiście podziwiam wszystkie kreacje aktorskie, choć zdecydowanie najbliższą moim wyobrażeniom wersję stworzył Mark Hamill. 

czwartek, 05 lipca 2007
Jupikajej...

Właśnie wróciłem z przedpremierowego pokazu Szklanej Pułapki 4.0. Powiedzieć, że jestem zachwycony tym filmem to mało. Żadnej głębokiej fabuły. Żadnych dłużyzn. Zero głębi postaci. Żadnego wzruszania do łez i innego pitu pitu. Po prostu doskonałe (TAK DOSKONAŁE) dzieło akcji. W sześć minut od napisów już padają pierwsze strzały, a na trupy też nie trzeba długo czekać. John McClane, jak zawsze pokazuje pazur i nie daje nam odetchnąć nawet na sekundę.

Dzieje się tak dużo, że momentami człowiek nie nadąża z odbiorem bodźców, ale wszystko jest zajebiste. Jak zawsze Bruce biega coraz brudniejszy i odrapany i pokazuje co to znaczy być twardym. Normalny człowiek umarłby od tych obrażeń przynajmniej sześć razy. Ale nie wielki McClane. Trzeba być twardym w życiu. Dwie doby bez snu, bity, łamany, wysadzany, postrzelony i bóg wie co jeszcze jak zawsze ratuje amerykę przed złem. I robi to w pięknym stylu okraszonym niezapomnianymi kwestiami. Być może jest trochę szorstki wobec kobiet (wyszarpał złej pani trochę kłaków), ale w końcu to ona zaczęła.

Poza tym świetna jest rola poboczna Kevina Smitha, który wcielił się w hackera o pseudonimie Warlock. A już częstotliwość CB mnie dobiła - 66,6.

Garść cytatów:

"- Właśnie rozwaliłeś helikopter samochodem!
- Skończyły mi się naboje...".

"- Przyprowadziłeś glinę do mojej tajnej kwatery...
- Haha. Kwatera, raczej piwnica".

"- Mam dośc tego kung shit fu!"

"- Pieprzony chomik!"

"- Jaki mamy plan?
- Ratujemy moją córkę i wszystkich zabijamy".

"- Widzę, że nie jesteś fanem Bobby Fetta?
- Wolę Gwiezdne Wojny".

"- Mówił coś o mnie?
- Nie sądzisz, że dość już dzisiaj wycierpiałem?"

 
1 , 2 , 3